12:00:00

Tekst: Dorota Szlama


Dawno temu, a może wcale nie, tak dawno przyszło na świat Kaczątko. Przyszło, bo matka wcale nie wiedziała, czy
chce go urodzić. Pomyślała, że jak już przyszło, to wypuści go na świat. Pomyślała i tak zrobiła, choć wszystkim
wkoło zaśpiewała, będę miała nowe dziecko.
Kaczątko od początku, było zostawiane i nie czuło matczynej miłości. Wprawdzie dostawało jedzenia, tyle ile
potrzebowało, na wadze przybierało. Rosło, im było starsze, tym bardziej bolało je serce ponieważ nigdy się nie pokochało.

Zanim do tego doszło przeszło wiele dróg i wybojów. Pokonało, wiele przeszkód. Nawet zdobyło sporo celów,
otrzymało wiele nagród. Jednak została w nim nienawiść do samego siebie. Kaczątko poczuło ją dopiero jak
dorosło. Wcześniej myślało, że się nie lubi, że inni go nie akceptują. Czuło się i czuje nic nie warte, niekochane.
Rozsiewa niechęć, złość na innych.
Ot cała filozofia..., a ona przysłania wszystko, ciągle boli.
Brzydkie Kaczątko wierzyło, że jest gorsze. Gdy przebywało wśród innych kaczek stawało z boku i się przyglądało.
Obrywało za to przez wiele lat, bo przecież, to tak denerwowało innych. Inni mieli prawo mu powiedzieć, że jest…
Obwiniało się za wszystko i było agresywne względem siebie. Nie potrafiło wyjść z wewnętrznych swoich krwisto-
czarnych cugli, ciągle rozdrapywało rany. Inni mieli prawo się obrazić, wylać na niego kubły pomyj, ono nic nie
mówiło. Szło dalej, bo myślało, że tak trzeba przecież czuło się gorsze. Zarzutem nawet stało się, że ma niskie
poczucie wartości. Nic już się nie da zmienić pomyślało, łzy bólu i rozpaczy lały się z oczu.

Porzucone, zaniedbane, czy zdoła się pokochać?
Stary Kaczor nigdy go nie odwiedzał. Tym samym Kaczątko myślało, że go nie kochał. Nie był na tyle ważny, żeby
ojciec się do niego zbliżył. Matka Stara Kaczka ubierała, karmiła, ale nigdy się nie zbliżyła na tyle by poczuło, że jest ważne, kochane.

Brzydkie Kaczątko wyruszyło w świat. Błąkało się wśród ludzi, było odbijane jak piłka, wykorzystywane, czasami
dla poklasku głaskane. Ale nigdy tak naprawdę do nikogo się nie zbliżyło. Budowało swój własny dramat, wszystko
potwierdzało, że jest gorsze, nic nie warte.
Czy zdoła się pokochać?
Ubierało różne stroje, grało różne role, dobrze je odgrywając, było grzeczne, posłuszne dostawało chwilową
akceptacje, nagrodę. Wszystko po to, żeby ktoś je pokochał, powiedział, że jest dobre, potrzebne. Było myszką,
grajkiem, sprzątaczem, wszystkim czego inni potrzebowali.
Któregoś dnia znowu bolało, zwykle jak zbliżał się wieczór. Jak nikt nie widział, pomyślało ja się nie kocham, ja się
nienawidzę.

Czy zdoła to zmienić?
Nie wiem, to jest największy ból jaki sobie zadaje, kiedyś uwierzyło w to, a może tak było, że jest niepotrzebne,
nieważne, niekochane i tego się trzyma. Po, co nie wie samo, być może tylko, to zna? Nie ma nawet imienia,
swojego kiedyś nie chciało, powiedziało matce, że mu się nie podoba i tyle, i aż tyle. W tym małym stwierdzeniu
zawierało się wszystko, już wtedy się nienawidziło.

Czy zdoła się pokochać?
„Żadni bogowie nie ocalą nas od nas samych” być może to zasłyszane zdanie może rozniecić ogień na nowo.

P.s. Minęło wile lat… doświadczeń, psychoterapii. Brzydkie Kaczątko o nie! Piękny Łabędź kocha swoje imię, szanuje
siebie. Czasem tylko mu smutno, że go los tak doświadczył.

Tekst: Dorota Szlama


Dawno temu żyło sobie zwięrzątko o imieniu Kamień, urodził się gdy rodzice już nie byli młodzi, przyszedł na świat
i rósł w przekonaniu, że wszystko mu wolno, a rodzice kochają go nad życie. Turlał się po ziemi, bawił z innymi
kamieniami, czasami napsocił pozamieniając furtki u sąsiadów. Nikt nie wiedział jednak, co w kamieniu drzemie.
On sam również nie wiedział... Często słyszał, że jest wspaniły, dobry, bystry, to znowu, że jest kłamczuszkiem
lub urwisem. Ciągle jak był mały słyszał jaki jest lub częściej jaki powinnien być.

Pewnego dnia, gdy był już większym kamieniem zadał sobie pytanie kim ja jestem? Zaczęły się dziać wówczas
niesamowite rzeczy, dostrzegł nagle, że kieruje się wewnętrznym swoim przekonaniem i pod jego wpływem robi
różne rzeczy. Nie zawsze nawet wie, dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Cekawe jest to, że niektóre działanie
podjęte pod wpływem wewnętrznej wiary, że tak trzeba przyniosły w przyszłości dobre konsekwencje. I tak Kamień
wybrał swój kierunek studiów, został sejsmologiem chociaż, gdy wybierał do końca nie wiedział czy to dla niego.

Gdy po latach zadał sobie pytanie kim jestem i dokąd zmierzam? Wyruszył w drogę, spotykał różnnych ludzi,
widział przedziwne zjawiska, czuł ciepło, chłód, przerażenie, ale przede wszystkim ciekawość kim jest i dokąd
zmierza? Z czasem, to dokąd zmierza zaczął sam sobie wytyczać, na początku były to małe cele Toronto, Egipt czy
Wisła. Z biegiem lat zaczął dłużej myśleć nad celem swojej drogi. Jak to zwyke bywa zaczął zauważać inne
kamienie. Spostrzegł, że gdy był małym Kamieniem z łatwością przychodziła mu przyjaźń, koleżeństwo czy zwykła
zabawa w berka. Teraz wszystko, co działo się pomiędzy kamieniami stało się dużym celem.

Pomyślał, a może by tak, jak dawniej siąść na sanki i pojechać na spotkanie nowej koleżanki. Być może i teraz
pewne rzeczy mogą być proste. Gdy tak myślał przypomniał sobie, że już jako mały Kamień miał wewnętrzne
przekonanie, co chce robić, co lubi jeść, i że podoba mu się księżyc nocą. A kolegę zawsze ciekawiło, dlaczego
wulkany są na świecie.
Odkrył, że on tereaz zna odpowiedź, a nawet może ją zgłębiać. Największym jednak odkryciem okazała się siła,
która drzemie w nim samym i gdy ją dopuszcza do głosu, może zajść w ciekawe miejsca, poczuć i przeżyć swoje
życie w zgodzie z własną naturą.

Tekst: Dorota Szlama


Dawno, dawno temu, a może nie tak dawno żył Król. Królestwo jego było piękne. Zamek mieścił duży dwór.
Mieszkali tam doradcy króla, dworzanie. Nieopodal zamku poddani, którzy uprawiali Królowi ziemie, wielu
śmiałków, błaznów. Król każdego ranka wstawał, służba pomagała mu się ubrać, następnie podchodził do okna.
Spoglądał na swój ogród. Przed oknem rozciągał się widok na trawnik równiutko obcięty. Taki Król lubił najbardziej.
Podziwiał go codziennie.
W Królestwie żyły również dzieci Króla. Mała Księżniczka i nieco starszy Książę, często lubiły bawić się w ogrodzie
Króla. Biegały po trawniku, bawiły się w berka, leżały na trawie. Pewnego słonecznego dnia wpadły na wspaniały
ich zdaniem pomysł. Posadziły na trawniku dwa kwiatki, mak i chaber.
Król wstał, jak co dzień. Podszedł do okna, spojrzał na trawnik i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Na trawie rosły
dwa kwiatki, czerwony i chabrowy. Król cały poczerwieniał, głos lekko podniósł i zawołał służbę. „Kto posadził te
kwiatki” zapytał. Nikt ze służy i doradców nie znał odpowiedzi. Wieść szybko rozeszła się po Królestwie.
Królewna i Książę, tak bardzo przestraszyły się reakcji ojca, że uciekły do pobliskiego labiryntu. Albowiem obok
trawnika był olbrzymi labirynt z żywopłotu. Dzieci wbiegły tam tak daleko, aż się zagubiły. Mijały kolejne dni, lata.
Książę i Królewna zagospodarowały się w tym labiryncie. Odtąd żyły tak blisko i tak daleko od Króla i Królowej.
Król wyglądał przez okno nadal każdego ranka. Jego trawnik zmieniał się w chabrowo-czerwony dywan. Gdy
dowiedział się, że to jego dzieci zmieniły widok za oknem, przeżywał różne uczucia. Od gniewu do tęsknoty.
Po latach zaczął tak tęsknić za dziećmi, że wspólne obiady z Królową straciły swój smak. Czekał na powrót dzieci.
Dostrzegł piękno zmieniających się kolorów za oknem. Zniósł nakaz koszenia trawnika. Zaczął podziwiać
różnorodność zmieniających się pór roku.
Mijały lata, Królewna i Książę podrośli. Przezwyciężyli swój strach i wyszli z labiryntu. Nie wiedzieli, w którą stronę
podążać. Tak bardzo brakowało im siadania u ojca na kolanach, czesania ich włosów przez matkę. Pamiętali to
jeszcze z wczesnego dzieciństwa. Skierowali się, więc w stronę zamku.
Spotkanie z rodzicami było tak radosne, że na dworze ucztowano wiele dni, miesięcy. Cała rodzina królewska
siadała przy wspólnym stole. Biesiadowali, rozmawiali, cieszyli się swoją obecnością. Mówili „znowu jest jak
dawniej”. Dzieci nie spostrzegały, że Król jest już siwy, Królowa jakaś wolniejsza. Król i Królowa nie dostrzegali
dorosłości Księcia i Królewny.
Po kilku następnych latach nie wiedzieć czemu, przy tym samym stole zapanował smutek. Wszyscy jedli wspólnie,
patrzyli przez okno. Król jak, co dzień stał w swoim oknie, jednak przestał podziwiać swoje Królestwo. Patrzył,
gdzieś hen daleko za horyzont. Marzył, że gdzieś tam rośnie królestwo jego … . Nie śmiał tego wypowiedzieć na
głoś, przecież tyle mieli do nadrobienia. Królowa traciła nadzieję, sama nie wiedziała na co. Przecież ma takie
piękne dzieci, ma je blisko. Królewna zaczęła tracić swój blask. Nie wiedziała, czy może sięgać po swoje marzenia.
Wiązało się to z opuszczeniem Królestwa ojca, a przecież oni są tacy starzy. Książę, wojownik, cóż kłaniał się
codziennie wszystkim. Znał wszystkie obowiązujące na dworze zasady. Zastanawiał się, kiedy pierwszy siwy włos
na jego skroni się pojawi. Wówczas dostawał drżenia, wszystko w nim pulsowało.
Któregoś pięknego dnia, nie wiedzieć, czy to była wiosna, czy jesień. A może lato, chociaż ptaki mówiły, że zima.
Każdy z nich już wiedział, że kierunek, który kiedyś wybrali nie był w stronę szczęścia.
Nie wiedzieć, co na to wpłynęło, czy powiew wiatru, czy spojrzenie Króla, a może bicie serca. Postanowili zmienić kierunek.
Król jak, co dzień podszedł do okna, razem z nim jego Królowa i ich dzieci. Tego dnia wszyscy wiedzieli, chociaż
nikt o tym nie rozmawiał. Co nastąpi tego dnia. Patrzyli długo. Jeszcze raz spojrzeli na maki, chabry i mieniącą się
trawę. Widzieli labirynt, który przeszli.
Pokłonili się sobie nawzajem.
Książę odjechał tam, gdzie słońce zachodzi. Królewna wybrała wschód.
Król stał w swoim oknie i płakał, a radość wracała coraz bardziej do jego serca.
Mijały kolejne lata. Król z Królową byli już starzy, a ich serce rosło. Czuli, że żyją, ich królestwo rozwijało się. Teraz
patrzyli daleko za horyzont. Wiedzieli, że gdzieś tam ich Mały Książę i ich Piękna Królewna budują swoje Królestwa.
Dochodziły ich wieści, że czasem jest im ciężko, trudno. Ufali im i wierzyli w nich.
Nadszedł ten dzień. Gdy Król stał w oknie, na drodze zobaczył dwa piękne rumaki. Kazał zaścielać stoły i
przygotował wielką ucztę. Gdy zasiedli wszyscy do stołu, dzieci opowiadały jak teraz żyją. Jak wyglądają ich Królestwa.
Nieraz jeszcze odwiedzą Królestwo Rodziców.

Tekst: Dorota Szlama


Ania, gdy była mała dostała kotka, a właściwie znalazła go pod domem. Był mały, puszysty i
miauczał. Potrzebował opieki. Ania zabrała go ze sobą. Mama nie pozwoliła jej go trzymać w
domu, więc zrobiła mu domek na stryszku, gdzie dziadek trzymał siano.
Bawiła się z kotkiem codziennie rano i wieczorem. Gdy kotek podrósł zaczął robić wycieczki. Jak
na kota przystało, chodził swoimi drogami. Zawsze jednak o stałych porach przychodził na jedzenie
i zabawę z Anią. Uwielbiał pieszczoty, zdarzało się, że Ania zabierała go ukradkiem do siebie do
łóżka na noc. Były, to piękne noce. Kotek mruczał do ucha Ani. Ania śniła kolorowe sny i czuła pod
rączką mięciutkie futerko Foci. Tak minęły 4 lata…

Niestety, pewnego wydawało się zwykłego dnia Focia nie przyszła. Ania szukała i czekała na kotka.
Mijały dni i nadzieja gasła.

Pozostała pustka, smutek i żal. Ania płakała, ale to nic nie zmieniało.

Któregoś dnia, mama widząc jej smutek, powiedziała, że Focia umiała się przymilić i na pewno ma
nowy, wspaniały domek.

Po latach Ania zrozumiała, że musi w sobie jeszcze wiele smutków pomieścić.

Tekst: Dorota Szlama


Spadło Wahadło z nieba do rodziny, która sama zachowywała się jak wahadło. Matka raz chciała mieć
dziecko, raz się bała. Ojciec sam nie wiedział, czego chce, zdał się na los, jak w wielu innych
sprawach. Gdy matka urodziła dziecko nadała mu imię Wahadło. Takie nietypowe ponieważ sama
pragnęła być wyjątkowa. Miewała takie chwile, gdy myślała, że tak jest, więc swoje dziecko za takie
uznała. Gdy Wahadło było malutkie bardzo pragnęło jej ciepła i bliskości. Były takie dni, gdy matka
zajmowała się nim z należytą uwagą, a nawet więcej, była nadopiekuńcza. Bała się, że mu za zimno,
więc tuliła go mocniej. Były też takie dni, gdy sama pogrążała się w zimnie, nic nie czuła, poza
smutkiem i beznadzieją. Wtedy odpychała je od siebie, nie pozwalała się zbliżyć. Czasami krzyczała
bez powodu.
Małe Wahadło nauczyło się wahać raz do przodu, raz do tyłu. Pojawiła się złość, że nie zawsze może
trafić. Kiedy do przodu, a kiedy do tyłu, żeby synchronizować się z matką. Gdy podrosło uciekło w
bezpieczną przestrzeń. Myślało im dalej tym lepiej. Ale czasem tęskniło, więc wracało próbując się
przytulić. Jak trafiło w ruch wahadła do przodu, do tyłu, było cudownie.
Gdy dorosło stało się takim Wahadłem jak huragan. Miało ogromną siłę przytulania, ale również
uderzenia, gdy robiło krok w tył.
Inni ludzie nie są wahadłem i tego ruchu nie rozumieją. Boją się Wahadła, albo chcą mu pomóc.
Wahadło nie lubi ludzi. Samo chce rządzić i kontrolować ruch kiedy pomagać, a kiedy przytulać.
Tak, tak każdy się w tym gubi, ono również.
Czy da się zatrzymać ten wahadłowy ruch, czasem go zrównoważyć?
Do każdego wahadła jest klucz.
Oswajaj bliskość, zbliżaj się na tyle na ile umiesz. Gdy czujesz duszność uciekaj na bezpieczną
odległość. Gdy nabierzesz odpowiednio dużo powietrza, pomału wracaj i próbuj się zbliżyć. Z pełną
świadomością z czasem staraj się zbliżyć o krok dalej i uciec o krok bliżej. Rób długie przerwy,
odpoczywaj i nabieraj powietrza. Z czasem ruch wahadłowy się wyrówna.
Może każdy ma w sobie wahadło, choćby takie malutkie.