Strach często przekształca się w lęk, który utrudnia funkcjonowanie. Jest różnica pomiędzy
strachem, a lękiem. Strach jest potrzebny do przetrwania, np. aby przejść przez przejście dla
pieszych boimy się, żeby samochód nas nie przejechał i dzięki temu rozglądamy się na boki, a
następnie bezpiecznie przechodzimy na drugą stronę.
Gdy strach się zwiększa i utrwala do tego stopnia, że boimy się wyjść z domu, zmienia się wówczas
w lęk. Długotrwały lęk prowadzi do zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, zwiększa stres na
czynniki dnia codziennego.
Dlaczego złość i lęk, to koledzy?
Zdarza się, że pod lękiem jest złość, którą człowiek nie wyraża. Gdy człowiek zaczyna lękać się
ludzi i izolować, towarzyszy temu złość. Złości się, że nie ma przyjaciół, trudno mu w pracy.
Zobrazuje ich przyjaźń w opowiadaniu.
Żyła sobie kurka, która nazywała się Mewa. Miała przyjaciela zająca o imieniu Jastrząb. Gdy kurka
była mała niczego się nie bała, ala mama kwoka, była bardzo lękliwa i bała się o kurkę. Mówiła jej
codziennie „uważaj, bądź ostrożna”, „nie wpadnij do stawu”, „kogutek Liliput jest niegrzeczny, nie
baw się z nim” i wiele podobnych zdań, które matka uważała za troskę. Mówiła, to jednak
codziennie, aż kurka uznała, że świat jest niebezpieczny i zaczęła się bać najpierw kogutka
Liliputka, bo przeklinał, a następnie podobnych kogutków, bo nie słuchali na lekcji. Kurka Mewa
nie do końca uświadamiała sobie swój lęk, myślała, że jak posłucha mamy i odsunie się od nich w
zabawie, to będzie dobrą córeczką.
Mijały lata, kurka Mewa zapragnęła nauczyć się latać. W końcu miała takie piękna imię, a mama
kwoka mówiła, że może latać, bo jest wspaniała i wyjątkowa… Kurka Mewa wyszła na podbój
świata. Ale tuż za rogiem spotkała konia Gryzmoła, który ciągnął ją do zagrody. Kurka bała się go,
ale nie potrafiła mu się sprzeciwić. Przecież mama mówiła, że trzeba być grzeczną, nie wolno
przeklinać. Koń uwiódł Kurkę. Płakała całe dnie.
Gdy kurka zaczęła iść dalej, lęk się zwiększył. Przestała ufać wszystkim koniom. Zapomniała o
swoim marzeniu, żeby nauczyć się latać.
Przypominała sobie o przyjacielu z dzieciństwa zającu. Napisała do niego list. Zając Jastrząb
odpisał opisując swoją historie.
Gdy byłem mały wszyscy mnie kochali. Mama pozwalała mi na wszystko, mówiła „jesteś odważny
i silny”. Bawiłem się z kolegami i nimi rządziłem, bali się mnie, ale ja to lubiłem. Byłem
przywódcą naszego gangu. Wymyślałem najróżniejsze wyzwania dla nich, żeby sprostali mojej
odwadze i sile. Nikt mi nie dorównywał. W szkole nauczycielki mówiły o mnie łobuz, ale taki
kochany. Gdy dorosłem pojechałem za ocean, w końcu mama mówiła „zdobędziesz świat”. Nie
wiedziałem, co to strach i lęk. Za to, złość była ze mną zawsze, gdy czegoś nie dostawałem lub jak
inni się ze mną nie zgadzali. Szło mi naprawdę nieźle, w pracy osiągnąłem wiele, konto przyrastało.
Pewnego dnia poznałem Helenę, piękną i bystrą dziewczynę. Niestety nie umiała się mi sprzeciwić.
Z czasem jej uległość doprowadzała mnie do szału. Uderzyłem ją. Uważałem, że to ona mnie
sprowokowała i tak zagłszyłem wyrzuty sumienia. Później było tylko gorzej…
Siedzę nad brzegiem oceanu, gdyby nie Twój list byłbym jego.
Gdyby kurka miała kontakt ze złością, nie rządziłby nią lęk. Gdyby zając czuł strach i lęk nie
kierowałaby nim złość.
Złość, gdy przyjaźni się z lękiem osłabia go. Dziewczyna czuje złość, gdy koń przekracza jej
granice i nie boi się go wyzwać i odepchnąć.
Chłopak czuje strach, gdy poniży kolegę, że się obrazi. Lęk hamuje go przed wykorzystywaniem
swojej władzy.
Dlaczego 20, 30, a nawet 40-latkowie mieszkają z rodzicami?
Tekst: Dorota Szlama
Pokolenie dzieci, które mieszkają z rodzicami przedłuża się o kolejne lata. W XIX i XX wieku były rodziny
wielopokoleniowe. Mieszkali w jednym gospodarstwie, uprawiali ziemię. Różnica polega na tym, że wówczas
zakładali swoje rodziny, mieli dzieci. Dzisiaj mieszka dorosłe dziecko, dla którego założenie swojej rodziny
odkładane jest na kolejne lata. Chcą się uczyć, podróżować, rozwijać, pracować. Ale mieć męża, żonę, dzieci
już niekoniecznie.
Dlaczego separacja jest taka trudna? Hipotez może być kilka. Jaki kierunek młodzi ludzie mają wybierać
wewnętrznie, żeby był w stronę szczęścia.
Zacznijmy od początku. W rodzinie rodzi się dziecko. Jest mama, tata, dziadkowie, ciocie i wujkowie. Dziecko
potrzebuje we wczesnym dzieciństwie opieki, zaspokojenia potrzeb przynależności i miłości oraz podstawowych
potrzeb biologicznych związanych z jedzeniem i higieną. Kto dzisiaj najczęściej zaspokaja te potrzeby?
Instynktownie przychodzi na myśl matka. Ale do kiedy, do jakiego wieku dziecka? Teoria przywiązania J. Bowlbygo
mówi o wzorcach więzi, które tworzą się w dzieciństwie w relacji z ważną osoba. Nie zawsze jest to matka.
Wyróżniamy więź bezpieczną z matką. Będę posługiwać się uproszczoną wersja, czyli relacją z matką. Może to być
również ojciec, babcia, ciocia, dziadek lub osoba opiekująca się dzieckiem. Ważne, żeby była to stała osoba.
Wówczas może zrodzić się przywiązanie. Jak się osoba, często zmienia, budowanie stałej więzi jest utrudnione.
Również ma to wpływ na budowanie relacji w dorosłym życiu, w związkach.
Więź bezpieczna oparta jest na budowaniu bezpiecznej bazy przez matkę. Dziecko może doświadczać różnych
uczuć, zdarzeń i bezpiecznie chronić się, opierać o matkę. Czyli, gdy jest sfrustrowane może przyjść i ukoić się w
ramionach matki. Czuje się kochane i akceptowane. Czas rozłąki z matką jest adekwatny do wieku dziecka. W tej
teorii nie tylko obecność, ale również strata ma znaczący wpływ na więź. Strata rozumiana również jako rozłąka.
Znikanie na chwilę matki w okresie niemowlęctwa uczy dziecko, że i tak jest bezpiecznie mimo chwilowego braku matki.
Zachwianie poczucia bezpieczeństwa zaczyna się wtedy, gdy rozłąki są zbyt długie. Rodzice niestabilni. Może
wykształcić się więź unikowa, ambiwalentna lub zdezorganizowana. Oczywiście te style mogą się łączyć w kilka konfiguracji.
Przykładów może być wiele, odniosę się do trzech.
„Dorośli o lękowo-zaabsorbowanym stylu przywiązania zostali wychowani przez rodziców nieprzewidywalnych,
którzy byli obecni, to znów nieobecni, umiarkowanie dostrojeni bądź zdecydowanie niedostrojeni.” (D.J.Wallin,
Przywiązanie w psychoterapii, 2011). Tacy dorośli w dzieciństwie wielokrotnie tracili matkę, jako bezpieczną bazę.
Mogło matki faktycznie brakować lub matka była w stanie psychicznym niedostępnym dla dziecka.
Dorośli „o zdystansowanym stylu przywiązania sytuują się na skali między cechami obsesyjnymi z jednej strony a
narcystycznymi i schizoidalnymi z drugiej. … mają ogromny problem z zaufaniem drugiej osobie na tyle, by
autentycznie się do niej zbliżyć – nawet jeśli żyją w stabilnym długim związku. Równie odlegli są wobec siebie. Ich
„natrętna samowystarczalność” (Bowlby 2007)...”. (D.J.Wallin, Przywiązanie w psychoterapii, 2011).
Samowystarczalność takich dorosłych przynosi korzyści, ale również wewnętrzne cierpienie.
Dorośli „o zaabsorbowanym stylu przywiązania sytuują się na diagnostycznym kontinuum między osobowością
histeryczną na jednym krańcu a osobowością typu borderline na drugim. Osoby bliższe pierwszego bieguna
sprawiają wrażenie przytłoczonych i bezradnych, …, a w niektórych przypadkach – uwodzicielskie. Osoby bliższe
bieguna borderline jawią się jako jednostki rozszczepione, chaotyczne i pełne złości. Życiu … z obu tych kategorii
nadaje kształt przede wszystkim lęk przed opuszczeniem.”(D.J.Wallin, Przywiązanie w psychoterapii, 2011).
Można się zastanowić, czy matka, która wraca do pracy, gdy dziecko ma 4 miesiące czy 12 miesięcy tak samo
wpłynie na więź. Instytucja babci wygasa, pojawiają się opiekunki lub żłobki. Czy zmieniające się Panie w żłobku
wystarczą do zbudowania bezpiecznej więzi? Rodzice, którzy pracują 8 godzin, a 12 godzin czy różnie wpływają na więź?
Pierwowzór więzi jaki młodzi ludzie niosą w sobie ma duże znaczenie czy wyjdą z domu rodzinnego, czy zostaną w
nim na dłużej. Relacje jakie tworzą czy są luźne, czy na tyle bezpieczne, żeby zbudować stałą relację. Więź
bezpieczna daje 90 % gwarancji na łatwość w budowaniu stałego związku. Gdy związek jest stały i bezpieczny, to
młody człowiek naturalnie pragnie się odseparować od rodziców. Buduje relacje poza domem i opuszcza gniazdo
rodziców. Rodzice również mają pewność, że sobie poradzi. Przeżywają stratę, ale nie zatrzymują go, tylko
wspierają na dalszej drodze życiowej.
Młodzi ludzie z więzią unikową mają już większe ryzyko zostania z rodzicami. Mogą bać się bliskości. Tworzą relacje
i związki, ale ślubu unikają. Ich nieufność rośnie wraz z chęcią drugiej osoby do stałości. Dom kojarzy im się z
pustką, czekaniem na bliską osobę, nie wyrażaniem uczuć. Na zewnątrz wszystko jest poprawnie, ale nikt się nie
przytula. Wolą zdobywać świat, zaspokajać się czymś nowym. Rodzice też specjalnie nie naciskają na opuszczenie
domu przez dzieci. Gdy sami byli młodzi, a dzieci małe, często gonili za zarobkiem, pracą, dom był chwilową bazą,
hotelem. Nie nasycili się rolą rodzica, czasami zdają sobie sprawę jak mało czasu poświęcali swoim dzieciom i mają
nadzieję, czasem nieświadomie, że teraz nadrobią stracony czas. Udają przed sobą i dziećmi, że czasu nie ma.
Wszyscy są młodzi. Syn może się rozwijać, podróżować, zmieniać dziewczyny. Mama ugotuje, posprząta i
wyprasuje. Cieszy się, że ma syna blisko. Często jej mąż jest już wycofany z roli małżonka. Żyją blisko, a
emocjonalnie się unikają. Matka nieświadomie lokuje w synu swoje pragnienia względem najlepszego mężczyzny w
jej życiu. Zatrzymuje tym samym dziecko przy sobie. A syn nie może znaleźć dziewczyny ponieważ żadna nie jest
wystarczająco dobra. Nieświadomie ma już tą najlepszą – matkę. Ta, która wybaczy wszystko i kocha bezwarunkowo.
Dorosły z więzią ambiwalentną. Wacha się wewnętrznie, targają nim sprzeczności. Kocha i nienawidzi na przemian.
Ma jeszcze trudniej w relacji. Stały związek jest męczarnią. Kłótnie i awantury przeplatają się z romantycznymi
wieczorami, wspólnymi wycieczkami. W dzisiejszych czasach takie osoby łatwiej się decydują na bycie singlem i
niezobowiązujące spotkania z płcią przeciwną. W domu rodzinnym raczej też nie zamieszkują ponieważ rodzice
raczej też są ambiwalentni. Takich ludzi stałość męczy, wywołuje w nich sprzeczne i skrajne uczucia. Pojawia się lęk
przed opuszczeniem. Wolą być niezależni i samowystarczalni. Gdy odczuwają smutek idą wieczorem na imprezę, a
rano do pracy. Zdobywają wiele zawodowo. Lubią ruch, więc przemieszczają się po świecie. Chociaż fizycznie nie
mieszkają z rodzicami, wewnętrznie stale są w domu pochodzenia. Nie dorośli do swojego wieku. Boją się, że
ważna osoba je opuści tak jak matka, ojciec w dzieciństwie. Zaznaczam nie zawsze było to opuszczenie fizyczne,
częściej psychiczne niezauważenie. A jak już rodzic był, to zachowywał się ambiwalentnie, czasami chwalił, innym
razem za to samo ganił.
Dorośli z więzią zdezorganizowaną mają najtrudniej. Ich wewnętrzna dezorganizacja może prowadzić do stanów
psychotycznych, urojeniowych. Nie zawsze są to choroby psychiczne, ale spojrzenie na drugą osobę w sposób
wyjątkowo nieufny, podejrzliwy. Marzą o domu, o kimś ko będzie się nimi opiekował, a oni nim. Ale kompletnie nie
wiedzą jak to uczynić w realności. Ich struktura osobowości nie pozwala im dostrzec ciepła tam, gdzie jest, oni
widza spisek, zdradę. Potrafią zostać z rodzicami, bo tak trzeba. Uważają, że bez nich rodzice nie dadzą sobie rady.
Jest to odwrócone myślenie z dzieciństwa. Często tak rodzice myśleli o nich. Nieświadomie opiekując się rodzicami
rozładowują lęk przed nimi. Teraz już się ciebie nie boję myślą o swoich rodzicach. Jestem lepszy od ciebie, ja się
tobą zajmuję. Takie myśli pozwalają tworzyć pozytywny obraz siebie.
W dorosłe życie młodzi ludzie wchodzą z doświadczeniami z dzieciństwa, które ukształtowały ich osobowość. W
pracy psychoterapeutycznej wielu specjalistów zauważa w dzisiejszych czasach młodych ludzi, którzy mają
zaburzenia osobowości. Mniej jest osób neurotycznych. Osobowość człowieka buduje np. styl przywiązania w
dzieciństwie. Można się zastanowić, czemu jeszcze 20 lat temu do poradni przychodzili neurotycy, czyli osoby z
zaburzeniami nerwicowymi. Dzisiaj podłoże jest głębsze, na bazie osobowości. Dlatego też separacja od rodziców
jest trudniejsza. Młodzi ludzie są mniej dojrzalsi niż np. 20, 30 lat temu. Każde następne doświadczenie radosne
czy smutne nadal będzie wpływać na to jacy są, ale wydaje się już, że w mniejszym stopniu. Pod wpływem
psychoterapii można odkryć swój wzorzec przywiązania i popracować nad zmianą w stronę więzi bezpiecznej.
Przejdźmy teraz do kwestii łączenia się w pary. Ułatwia to wyjście z domu rodzinnego. Druga osoba ciągnie do
przodu, do tworzenia swojego gniazda.
Naturalną rzeczą jest łączenie się ludzi w pary. Jakie dwie osoby możemy uznać, że są parą? „określenie tego nie
jest ani jednoznaczna, ani proste, … . trudno kierować się tylko formalnymi kryteriami, takimi jak np. zawarcie
małżeństwa, gdyż od pewnego czasu liczba takich rodzin maleje. Często rytuałem zastępującym ślub jest wzięcie
kredytu mieszkaniowego i decyzja o wieloletniej wspólnej spłacie.”(K.Klajs, Poznawanie pacjenta w psychoterapii
ericksonowskiej, 2017). A zatem „za parę można uznać dwie dorosłe osoby, które zdecydowały się na codzienne,
wspólne życie i mają w tym obszarze realne doświadczenia.”(K.Klajs, Poznawanie pacjenta w psychoterapii
ericksonowskiej, 2017).
Czy możemy zatem uznać za parę osoby, które się spotykają, ale mieszkają osobno. Małżeństwa formalnie
zawarte, a w realności mają dwa oddzielne miejsca zamieszkania. Wiele osób spotykających się w sieci, są już
parą? Wiele związków partnerskich, w których każdy prowadzi oddzielne intensywne swoje życie, a czasem się
widują, to już para?
Jakie trudności pojawiają się w byciu razem? Krzysztof Klajs w swojej książce „Poznawanie pacjenta w
psychoterapii ericksonowskiej” wymienia:
„> nacisk na indywidualność – wartości takie jak indywidualny rozwój czy autokreacja;
> kult nowości – nowe, to, czego jeszcze nie mam, da mi szczęście. To co już mam, jest niewystarczające;
> rosnące możliwości natychmiastowej gratyfikacji potrzeb (np. seks w Internecie jest dostępny 24 godziny na
dobę, 7 dni w tygodniu) powodują zmniejszenie umiejętności radzenia sobie z frustracją i odraczania zaspokajania
potrzeb.” Wydaje się, że bycie w stałym związku nie jest modne.
Wpływ wzorców psychologicznych i kulturowych wyznacza duże wyzwanie dla ludzi, którzy pragną stworzyć stały
związek. Czym zatem jest stały związek?
„Norma Barretta i Phill Barretta (2011) proponują rozważenie trzech etapów związku:
> fazy wstępnej – budowania związku, trwającej od 7 do 10 lat,
> fazy środkowej trwającej około 5 – 7 lat,
> fazy małżeństwa dojrzałego, mającej miejsce po co najmniej kilkunastu latach trwania związku.” (K.Klajs,
Poznawanie pacjenta w psychoterapii ericksonowskiej, 2017). Takie związki wydają się już reliktem przeszłości.
Warto czasem jednak spojrzeć na fazy wieloletnie. Zobaczyć w nich możliwość rozwoju również poprzez kryzysy.
Młodzi ludzie mający nie zaspokojone potrzeby miłości rodzicielskiej, ciepła i wsparcia, gdy mają 20, 30 lat szukają
ich zaspokojenia nieświadomie. Czy zamieszkując z rodzicami znajdą pełnie siebie? A może jeszcze marzą
nieświadomie, że kiedyś mama czy tata w końcu powiedzą kocham cię, dasz radę, wierzą w ciebie, możesz iść w
świat ja sobie dam radę bez ciebie itd. Wzorce kulturowe wspierające samorozwój napędzają kult jednostki. Drugi
człowiek pojawia się jako przeszkoda, ograniczenie. Trudno rezygnować z siłowni, wycieczek na rzecz pieluch,
prania i sprzątania.
Jaki kierunek jest w stronę szczęścia? Zapewne każdy może poszukać odpowiedzi w sobie. Taka będzie prawdziwa
na dany moment jego życia.
Moim celem jest zaznaczenie kilku aspektów, które mogą w pływać na dzisiejszy styl życia wielu ludzi. Nie zaś
jednoznaczna odpowiedź na zadane pytanie. Podróżowanie, zdobywanie świata jest drogą, która może wpływać na
dojrzewanie człowieka. Gdy doświadcza innych ludzi, uczy się tego czego nie zdobył w domu. Ale są również tacy,
co będą zdobywać nowe wyzwania i niczego się nie nauczą. Zostaną wiecznie młodzi, mimo siwizny.
Na koniec proponuję ćwiczyć uważność. Można zacząć od uważności na siebie, a z czasem na drugą osobę i
otaczający nas świat. Otworzyć się na doświadczenie pełni tego, co do nas przychodzi. Na poziomie myśli, odczuć i
ciała. Ćwiczyć postawę spokoju i akceptacji. Na początku dobrze zadbać o bezpieczne miejsce, np. w swoim
pokoju, ogrodzie. Zamknąć oczy, lub patrzeć w jeden punkt. Wszystkimi zmysłami doświadczać. Ważne, żeby mieć
postawę, że wszystko co przychodzi jest w porządku.
Dotarcie do prawdziwego Ja ułatwi wiele wyborów w zgodzie ze sobą. A nie pod wpływem rodziców czy wzorców kulturowych.
Czy w szkołach istnieje przemoc?
Tekst: Dorota Szlama
Polska szkoła XXI wieku – spełnia oczekiwania, a może wiele spraw zamiatanych jest pod dywan?
Głównym zadaniem szkoły jest nauczanie, na drugim miejscu mamy wychowanie. Obecnie w szkołach jest dużo
zdolnych dzieci, uczą się dobrze, zdobywają nagrody w wielu konkursach przedmiotowych, sportowych. Można
zauważyć dużą rywalizację pomiędzy szkołami o miejsce w rankingu najlepszych pod względem ilości zdobytych
nagród, ilości średnich ocen, projektów europejskich.
Zapewne ta rywalizacja przekłada się na uczniów. Od najmłodszych lat rywalizują o oceny, świadectwo z paskiem,
ilość przeczytanych książek. Można powiedzieć rywalizacja pozytywna. Ale, czy rywalizacja kończy się na
wymienionych rzeczach? Niestety nie. Duże znaczenie mają rodzice, nierzadko jedynaków, czasami występuje
rodzeństwo. Zaczyna się już w przedszkolu, rodzice rywalizują ze sobą dziećmi. Co to znaczy? Wyznaczają trendy,
własne rankingi. Czyje dziecko najczęściej występuje na akademii, czy ma główną rolę, strój też ma niemałe
znaczenie. W większych miastach zaczyna się wyścig o ilość zajęć dodatkowych. Większość rodziców utrzymuje, że
ich dzieci lubią chodzić na basen, piłkę, tenis, grę na skrzypcach, język angielski, taniec, sztuki walki itp.
Największym lękiem rodzice obdarzają wszystko, co związane jest ze światem internetu, komputera. „Byleby nie
siedział przed komputerem”, to jest częste zdanie rodziców. Trudzą się bardzo jak zagospodarować czas, żeby tylko
ich dziecko nie grało na komputerze, tablecie, telefonie lub innym wynalazku. Efekt jest taki, że prawie każde
dziecko ma telefon, tablet i komputer byle najlepszy. I nie wiedzieć jak to się dzieje w wieku dziesięciu lat znają
wszystkie gry i grają na poziomie na pewno nie podstawowym. Tu rodzice rywalizują czyje dziecko najmniej czasu
spędza przed komputerem. Może nie wszystko ujawniają.
Rywalizacja odbywa się również na poziomie urodzin dziecka, gdzie ma organizowane przyjęcie, czy w sali zabaw
dla dzieci, w kręgielni, a może w kinie. Ile dzieci jest zaproszonych, jakie prezenty dziecko dostaje. Najlepiej taki
prezent, żeby trafić w gusta dziecka. Wydaje się to całkiem oczywiste, poza faktem, że gdy się to nie uda, krytyka
ze strony rodziców jest miażdżąca.
Dzieci uczą się od najmłodszych lat, że rywalizacja jest wartością nadrzędną. Bycie lepszym jest doceniane przez
rodziców, nauczycieli, całe społeczeństwo. Tylko, czy współistnieją inne wartości. Tutaj zaczynają się schody. Do
jakich wartości można się odnieść. Chrześcijańskich, to dzisiaj nie w modzie. Uniwersalnych, że warto być dobrym,
pomagać innym. Teoretycznie tak, ale mam wrażenie, że w praktyce wygląda to nieco inaczej. Kult jednostki,
kult ciała zwycięża.
Można zastanowić się nad postawą kształtowaną w dziecku już w przedszkolu. Powtarzanie przez wychowawców,
rodziców do dziecka, że „nie wszystkich musisz lubić”. Prawda oczywista, ale wydaje mi się, że do tego dochodzi się
etapami. Na poziomie dzieci 3-4 letnich takie zdanie uczy, wskazane jest kogoś nie lubić. Dzieci w przedszkolu
próbują „z tobą będę się bawił, a z tobą nie”, ot tak bez powodu. Gdy nauczyciel wspiera taką postawę, nie uczy
dziecka poznaj Jasia bliżej „każde dziecko coś wnosi”. Zaczynają się tworzyć podgrupy. Niestety, gdy rodzice
mówią, że „to tak, jak w życiu dorosłym z jednym się zadajesz, a z drugim nie”, nie dają szansy swojemu dziecku
na doświadczanie bliższych relacji. Rodzice, którzy mówią „zabrał kolega ci klocka, nie musisz go lubić, nie baw się
z nim”. Wspierają segregowanie wśród dzieci. Postawa rodzicielska, że każde dziecko warte jest poznania zanika.
Rodzice sami uczą dzieci tworzenia klanów. Zdarza się nawet, że rodzice dobierają dziecku kolegów, bądź koleżanki.
Dlaczego o tym piszę?
Gdy tak ukształtowane dziecko idzie do szkoły podstawowej, zaczyna uważać za normalne, że trzeba kogoś nie
lubić. Na poziomie szkoły podstawowej objawia się to zachowaniem, że z tobą będą siedzieć w ławce, a z tobą nie,
bo cię nie lubię. Urasta to do problemu rozstrzyganego przez nauczyciela lub rodziców. Czy jest to już agresja? Czy
na razie niewinne zachowanie?
W wyższych klasach nie lubienie się rozszerza na np. nie lubię koleżanki bez makijażu.
Niedawno uczennica gimnazjum opublikowała felieton na temat zachowania dziewczyn w jej szkole. Piętnastoletnia
Laura pisze tak „Plotka… to taki z pozoru niewinny przekaz informacji niekoniecznie zawierający faktyczny stan
rzeczy. O co chodzi i jak to się ma do gimnazjalistek - już tłumaczę. Otóż dla nastolatek plotka ma rangę
najważniejszej informacji. W mentalnym świecie tych niedorozwiniętych i niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek
ma poziom informacji z pierwszych stron gazet czy wiadomości telewizyjnej na przykład o ataku terrorystycznym.
Nikt nie zastanawia się nad wiarygodnością danego tematu tylko puszcza słowa w obieg. I tak w czasie jednej
godziny lekcyjnej cała szkoła wie o czymś. Mnie to nie ominęło. Dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ha ha ha...
było śmiesznie ale tylko na początku. Przyzwyczajona do określonych zachowań i reakcji ptasich móżdżków
postanowiłam plotkę obrócić w żart: jasne nawet z bliźniakami. Na tym śmiech by się zakończył. Plotka urosła,
karmiła się nią cała szkoła, obiła się nawet o ciało pedagogiczne, aż dotarła do mojej mamy. Na szczęście to mądra
kobieta, wiedziała co ma zrobić i jak uciąć łeb chorym pomówieniom.
W bardzo krótkim czasie przeszłam wiele różnych stanów emocjonalnych z tym wszystkim związanych. Tylko dzięki
wsparciu najbliższych udało mi się pokonać wstyd, żal, złość, gniew i niemoc. Konsensus jest następujący, mnie
plotka dotknęła, ale ja mam przy sobie silne i ważne dla mnie osoby, a ile jest takich młodych ludzi, dziewczyn i
chłopców, którzy nie mają takiego wsparcia. Tak więc w gimnazjum w klasie trzeciej plotka jest rodzajem przemocy
psychicznej i tu zaczynają się schody prawne.”
W tym opisie nastolatki zadają sobie dużo trudu, żeby kogoś ośmieszyć, wykluczyć, „nie bawić się z nim”.
Można zadać sobie pytanie, agresja pomiędzy nastolatkami, z czego się wzięła? Laura została wyrzucona ze swojego
gimnazjum. Ciekawe dlaczego? Lepiej zamieść sprawę pod dywan, w tym przypadku usunąć uczennicę, która
nazwała problem agresji głośno. To miał być felieton konkursowy, ale nauczyciel stwierdził, że język jest nie literacki.
Jest powiedzenie, że z ziarenka wyrastają plony, jakie ziarno zasiejesz, takie zbierzesz plony. Spotkałam się z
określeniem nauczycieli, innych rodziców „nie wszystkich musisz lubić, wystarczy, że będziesz tolerował”. To jest
ziarno zasiewane od najmłodszych lat. Tolerancja w polskiej szkole oznacza, nie bawienie się z danym dzieckiem,
nie zapraszanie nastolatka na imprezę, tworzenie trzy osobowych gangów już we wczesnych klasach szkoły
podstawowej. Wygląda to, tak jakby dzieci czuły przymus kogoś muszę lubić, a kogoś muszę nie lubić. Mało jest
akceptacji. Postawy rodziców, że każde dziecko coś wnosi, ma zalety, umiejętności, poznaj bliżej daną osobę,
później zdecydujesz na jakiej znajomości ci zależy. Warto się zastanowić, czy wystawianie dziecka do rywalizacji,
nie pobudza go również do agresji, np. wyśmiewania „masz ostatnie miejsce”.
Jak pomóc dziecku, które jest wyśmiewane? Problem jest złożony. Praca nad relacją opiera się na dwóch stronach.
Potrzebni są również rodzice i dzieci, które są skłonne do izolowania innych. Postawa, o której mówię wyżej ma
znaczenie z obu stron. Gdy rodzice dziecka odsuwanego od grupy, podejdą do tematu postawą, że każde dziecko
coś wnosi, będzie więcej pozytywnych efektów. Dziecko, któremu dokuczają może szukać plusów u agresora. W ten
sposób nie będzie pogłębiać swojej izolacji. Drugie dziecko nie będzie tylko złe, czarne. Rodzic może uczyć dziecko
rozróżniać złe zachowanie od oceniania dziecka jako złe. Mówi dziecku, jego zachowanie jest nie w porządku, śmiał
się z ciebie i to jest złe zachowanie, ale może jest dobry z matematyki i za to należy mu się szacunek. Rodzice uczą
budować w dziecku świat nie czarno-biały.
Już na poziomie przedszkola jest w podstawie programowej nauka umiejętności współpracy w grupie. Nauczyciele
mogą dać szansę poznania siebie nawzajem dzieciom, które za sobą nie przepadają. Dobierać do pracy w małych
podgrupach nie na zasadzie z kim chcesz, kogo lubisz, tylko poznaj dziecko, z którym jeszcze się nie bawiłaś.
Dawać szansę odkrycia również u siebie nowych możliwości, czyli otwarcia na nieznane. Zmniejsza się wówczas
potrzeba izolacji z obu stron. Uleganie przez nauczyciela presji „ z nią nie chce, bo jej nie lubię” uważam jest nie
wychowawcze. Taki warunek można przyjąć jak się zaprasza na urodziny. Następnym krokiem, aby pomóc dziecku
z mniejszą umiejętnością bronienia się w relacji, jest pozwolenie na wyrażanie złości, niezadowolenia. Dzieci tzw.
grzeczne częściej narażone są na dokuczanie.
Nauka asertywności zaczyna się od przedszkola. Dzieci w przedszkolu wyrażają złość w relacji w słowach nie lubię
cię. Rodzice są od tego, żeby pomóc dziecku to zrozumieć. Mogą zacząć uczyć swoje dzieci mówić, że nie lubisz,
czyli Kasia cię zezłościła, a czym …? Dziecko odpowiada „zabrała mi klocka, zniszczyła wieżę”. Rodzic na to, tak
masz prawo się zezłości na Kasię za zniszczenie budowli. Co nie jest równoznaczne z nie lubię Kasi, jutro możecie
dalej się bawić razem, może będzie inaczej. W szkole podstawowej można uczyć dziecko wyrażania złości w sposób
bezpośredni do koleżanki, np. zła jestem na ciebie, że strąciłaś mi piórnik. Nie należy pogłębiać izolacji „nie
zadawaj się z nią”. Dziecko wyśmiewane, gdy będzie zachęcane do izolowania się będzie mu jeszcze trudniej.
Końcową wersją izolacji jest nauczanie indywidualne. Uważam, że potrzebne tylko dla dzieci, np. po wypadkach,
unieruchomionych przez jakiś czas. Dziecko grzeczne też może wyrwać klocka w przedszkolu, czy strącić piórnik.
Ważne, żeby miało szansę nauczyć się granicy słownej i fizycznej w relacji z innymi. Postawa ofiary, czyli nic nie
mogę zrobić, jest tak samo trudna jak postawa agresora, mogę zrobić wszystko bez granic. Warto szukać
rozwiązań pośrodku. Dzieci dzisiaj, a może nie tylko dzisiaj, używają do siebie słów debil, głupi itp. Słyszałam
nawet, że w szkole podstawowej, w gimnazjum nie obrażają się za to na siebie. Granica w społeczeństwie jest
przesunięta, w programach typu show jest dużo wyśmiewania się z innych przynajmniej od dekady. Dzieci w tym
wyrastają. Rodzice mogą przyjąć postawę uwrażliwiającą dziecko, czyli jest ci przykro, gdy tak mówią do ciebie,
zgłoś to pani. Prowadzić długie dyskusję na ten temat w domu, jakie ich dziecko jest biedne, a inni źli. Można też
przyjąć zasadę asertywności, większej odporności psychicznej. Rodzic może powiedzieć dziecku, że nie każdy jest
kulturalny i to świadczy o tym, kto tych słów używa. Może poradzić swojemu dziecku, np. odpowiedz „kto się
przezywa, tak samo się nazywa”. Ważne, aby dziecko czuło, że może się obronić. Nie będzie w pozycji ofiary.
Uczenie dziecka brania odpowiedzialności za siebie i umiejętności radzenia sobie jest podstawą do dojrzałości.
Rodzice dają narzędzie słowne dziecku, a nie rozwiązują problemu za nie. Ważne, aby dziecko znalazło swoją
wewnętrzną siłę. Zbuduje ją jak rodzice uwierzą, że potrafi się obronić, odnaleźć w relacji z innymi. Kluczową
zasadą jest daję narzędzie do ręki dziecka, a nie bronię za niego.
Podsumowując można zadać pytanie czy Żyd może coś wnieść do naszego towarzystwa, czy uczeń bez smartphone
może być interesujący? Dzieci są zwalniane od najmłodszych lat z doświadczenia różnorodności. Słyszą, wystarczy,
że będziesz tolerował, nikt nie zachęca do poznania, akceptowania. Zarówno postawa agresora i postawa ofiary jest
podszyta lękiem. Sposób radzenia jest tylko inny, albo przez agresję, albo przez unikanie. Dzieci, które dużo
rywalizują boją się przegrywać. Dzieci wycofane boją się innych. Współpraca pomiędzy dziećmi może opierać się na
szukaniu zalet w każdym.
Zachęcam bardziej do akceptowania, niż tolerowania. Akceptacja wymaga wysiłku związanego z zaangażowaniem
w relacje. Poznawania siebie nawzajem z różnych stron. Nie pójście na skróty nie podoba mi się, to nie ma
kontaktu. Więcej ziaren wydaje bogatsze plony.
Twój przyjaciel lęk.
Tekst: Dorota Szlama
Co to jest lęk? Lęk można zdefiniować jako jedną z najbardziej widocznych i wszechobecnych emocji. Polega na
nieprzyjemnym napięciu, nerwowym oczekiwaniu na zagrażające, ale niejasne zdarzenie (Rachman 2005).
Czy lęk jest potrzebny, czy zawsze przeszkadza? Zygmunt Freud był jednym z pierwszych autorów, którzy zwrócili
uwagę na znaczenie lęku. Dokonał rozróżnienia między lękiem obiektywnym a lękiem neurotycznym. Ten pierwszy
w wielu przypadkach jest racjonalny i celowy, jest reakcję strachu na dostrzeżenie zewnętrznego
niebezpieczeństwa lub w oczekiwaniu na przewidywaną krzywdę. Natomiast lęk neurotyczny jest nadmiernie silny i
ma paraliżujące działanie.
Jakie są źródła lęku? Teorie lęku zwracają uwagę na ważne aspekty powstawania tej emocji. Lęk może powstawać
w wyniku uczenia się lub warunkowania procesów, które wpływają na nabywanie reakcji emocjonalnych, pierwotne
znaczenie miał tu eksperyment Pawłowa, ideę tę rozwinęli Watson i Rayner, w której jednym z głównych elementów
powstawania lęku jest bodziec. Następnie teoretycy poznawczy dodali komponenty poznawcze. Silny wpływ mają
prace Becka i Clarka, którzy poza procesem uczenia się i warunkowania kładą nacisk na interpretację zdarzeń przez
osobę odczuwającą lęk. Koncepcja D.M.Clarka dowodzi, że np. lęk paniczny powstaje przez błędne, katastroficzne
interpretowanie doznań somatycznych. Ktoś może błędnie zinterpretować palpitacje jako oznakę nieuchronnego
ataku serca lub zadyszkę jako oznakę rozpoczynającego się zahamowania oddychania.
Jedno jest wspólne dla wielu teorii, że lęk jest wszechobecny w życiu ludzi, mogą go wywoływać zarówno czynniki
wewnętrzne, doznania z ciała, myśli, reakcje wyuczone, jak i czynniki zewnętrzne, np. ataki terrorystyczne,
zachowania innych ludzi.
Punktem wyjścia mojej pracy jest podejście J. Zeiga do tematyki zaburzeń lękowych w procesie psychoterapii. Jest
więcej niż jeden rodzaj lęku, co jest ważne i oczywiste dla terapeuty, ale można je pogrupować razem, jako jeden
lęk i odnieść go do subiektywnych doznań pacjenta.
Aby rozpoznać swój lęk i poradzić sobie z nim zapraszam na drogę psychoterapii, w której mogę służyć swoją pomocą.
Nienawiść - Królowa, której nikt nie chce
Tekst: Dorota Szlama
Czy czułeś kiedyś nienawiść? Być może większość ludzi w pierwszym odruchu zaprzeczy.
Trudno nienawiść zlokalizować poza okresem nastoletnim, kiedy jest łatwo dostępna.
Burza hormonów targa młodym człowiekiem wyzwalając różne emocje począwszy od wielkich miłości,
po smutki, żale, zachwyt, aż po nienawiść.
Zależy w jakiej rodzinie się młody człowiek wychowuje, to ma większą lub mniejszą zgodę na wyrażanie uczuć.
Gdy matka lub ojciec chce być traktowana jak święta. Nie wolno się na nią złościć, wtedy
dziecko ma kłopot. Nie wie, co zrobić ze złością, którą czuje np. gdy nie może wyjść z domu,
zrobić tatuażu, obciąć włosów. Zaczyna szukać sposobów na wyrażenie złości nie wprost.
Zazwyczaj wyraża ją w obszarze, na którym najbardziej zależy rodzicowi. Młody człowiek
zapomni odrobić lekcje, zaczyna wagarować, siedzi dłużej przy komputerze, nie wynosi śmieci.
Gdy matka lub ojciec karze dziecko, za wyrażenie złości, np. mówi „to grzech”, „nie wolno
nienawidzić”, idź do kąta, bije. Pojawia się w dziecku poczucie winy za coś co jest naturalne,
zaczyna myśleć o sobie jestem złe. Jednocześnie czuje, to co czuje i spycha do nieświadomości.
Przeżywa wewnętrzny konflikt nie wolno, a ja to czuje. Może pojawić się autodestrukcja, np.
cięcie, bicie się, wyrywanie włosów. Rodzi się nienawiść.
Nienawiść jest królową wśród uczuć, które ludzie chcą ukryć, wyprzeć, zaprzeczyć. Dlaczego
królowa? Ponieważ wyparta rządzi człowiekiem bez jego wiedzy. Opowiem historie o małym chłopcu.
Żył kiedyś mały chłopiec, który miał niestabilną matkę. Ojciec był wycofany z relacji, głównie
zajmował się pracą. Gdy chłopczyk o imieniu Paweł zbliżał się do matki, to w zależności od jej
nastroju dostawał uwagę lub wręcz odwrotnie czuł się niesłyszany. Czasem matka była
rozgniewana i go odsyłała do pokoju, żeby się czym zajął i nie przeszkadzał. Paweł rósł w
przekonaniu, że na matkę nie można liczyć ponieważ nie sprawdzały się jej słowa „powiedz, gdy
będziesz czegoś potrzebował”. Doświadczał często odrzucenia, chociaż tak tego nie rozumiał.
Matka była obok, ale się nim nie zajmowała. Z biegiem lat doszły wymagania, żeby się uczył. Na
rozmowę nigdy nie miała czasu. Mama sprzątała, gotowała i mówiła, że później porozmawiamy.
Paweł czuł się niezauważany ze swoim zdaniem, uczuciem, potrzebą. Zaczął spełniać
automatycznie polecenia rodzica. A w środku, czuł, że nienawidzi być w tym domu, gdzie nikt go
nie słucha, nikt z nim nie rozmawia. Za to każdy mówi, co ma robić i wie co dobre dla niego.
Nauczył się tłumic nienawiść. Z czasem o niej zapomniał.
Gdy dorósł królowa niechcianych uczuć zaczęła dawać znać o sobie. Paweł nie lubił ludzi.
Nie pozwalał się im zbliżyć. Myślał, że go odtrącą, albo coś będą chcieć od niego. Zajmują się sobą, a
jego nie zauważają. Zaczął się izolować. Mówił, że nienawidzi siebie. Na świat patrzył jak na zagrożenie.
Marzył o czymś, czego nie ma. Raju, gdzie będzie Królem. Będzie układał świat po swojemu.
Nienawiść się przemieściła, ukryła w nieświadomości. Zaczęła wpływać na wiele obszarów w życiu. Na relacje, na myślenie o sobie i o świecie. Czy można czuć nienawiść? Nie pielęgnować jej w sobie, czuć ją przez chwilę.
Zdetronizować do rangi zwykłego uczucia, które pojawia się i znika, gdy robimy miejsce dla niego.